A było to tak:
W zamierzchłych czasach mej edukacji licealnej nie byłem czlowiekiem specjalnie zainteresowanym _przymusowym_ wysiłkiem, tak fizycznym, jak intelektualnym czy społeczno-towarzyskiem. M?wiąc wprost - miałem wyjebane na wiele rzeczy, w tym i na szkołę (a trzeba Wam wiedzieć iż skończyłem jedno z najlepszych krakofskich liceł?w). No, wiadomo że nie na całą, historię lubiłem, geografię i takie tam. Ale gl?wnie żeby poznawac te rzeczy kt?re ja lubię (np krolob?jstwa, aneksje małych śląskich księstewek czy metody pędzenia w?dki na przestrzeni wiek?w). Na matematykę i fizykę kładłem długaśne pęto, z polskiego miałem cycatą polonistkę (to wszystko co zapamiętałem).
Czas spędzałem gł?wnie na szwendaniu się po knajpach, macaniu lasek na dyskotekach i podlizywaniu sie nauczycielom (nikt nie lubi byc opierdalany za to czego nie zrobił = nie chodził na lekcje). Czasem przeczytałem rozdział z fizyki czy biologii kt?ry miał być dopiero opracowywany, po czym na lekcji tryskałem wiedzą jak rozpłodowy buhaj spermą. �yłem więc sobie nawet nieźle (dopiero czasy studenckie a zwłaszcza utrzymywanie się z własnej kiesy pozwoliły spojrzeć krzynę trzeźwiej na życie). Tyle tytułem wstepu.
Pojawiła się matura. Pr?bna. Nowa matura, ale nie ta co jest teraz, tylko ta pilotażowa, po ktorej było znowu kilka lat starej (waszej starej). Cuda niewidy, niewiadomo co to będzie - chuj z tym, kłade lagę, nie będe się stresował.
Poszła plota, że dzień wcześniej będą kserować tematy z matematyki. Poleciałem zobaczyć… niestety, nie komisyjnie, tylko - “panie Wacku, pan odbije”. Pan Wacek Obsługiwacz Ksera wziął i zaczął odbijać. Przyszedłem i m?wię - “panie Wacku - pan odbije jeszcze jedną kopię to zorganizuję p?ł litra”. A trzeba wam wiedzieć iż Pan Wacek jest znanym amatorem tego trunku. Rąsia, umowa - git. Poleciałem po p?ł litra Bolsa, odebrałem papierek i do domu.
Dobra - myślę - częśc pierwsza już za nami. Przeglądam tę maturę, myslę - przejebana (nie sądźcie, że jestem jakimś totalnym leserem - z matury właściwej miałem w końcu 85%, ale nie o tym). Zadzwoniłem więc do najlepszego kumpla (och, ale się człowiek potrafi sfrajerzyć!) i najlepszego w klasie matematyka. Każdemu pozwoliłem odpalić zadania max 3m osobom. Matematyk dodatkowo rozwiązał zadania w 20 minut.
Jak się słusznie domyslacie, rozwiązania znała cała klasa. Cały rocznik właściwie. No i doszli do tego, że był przeciek. Zaczął się “mały” terror. Pewnego dnia wezwano mnie na dywanik. Znaczy do sali na lekcji wchodzi wychowawca i prosi mnie do dyrektora. No to myślę - juz po mnie. Strach w okolicach dupska mieszał się z uznaniem i podziwem dla fachowej akcji kadry nauczycielskiej - wiecie, cały rocznik winny, a dupnęli prowodyra. Czysta, policyjna akcja. O takich się filmy kręci.
Wchodzę do gabinetu. Dyrektor, trzech zastępc?w, matematyk, wychowawca. “Wiemy że to ty”, na dzień dobry. “Przechuje” -pomyslałem, kiwając głową z uznaniem. Kiwanie wzięto za potwierdzenie.
Potem zaczęła się litania o odpowiedzialności, problemach z kończeniem szkoły, jeden z wice-chuj?w zaczął kwiczec o odpowiedzialności prawnej - wiecie, pierdu pierdu. Coś mnie tam chcieli jeszcze straszyć, skończyło się na tym że obniżą mi sprawowanie i koniec. Wychowawca powiedział mi po kilku dniach że w sumie to mi się nie dziwi że tak zrobiłem, wychowawca hehhe.
Wychodzę od dyrektora, wchodzę do klasy i siadam z marsowa miną. Klasa milczy, ja milczę, myśląc “ciekawe kt?ry to z Was, chuje niemyte i szpary zaszczane”. Wychodząc ze szkoły sparaliżowała mnie jednak straszliwa myśl: “Panie Wacku! Byłby Pan A� TAKIM chujem??”
I cisza.
Sprawa zdechła, wyszła juz na studiach, przypadkiem. Ot?ż ten “najlepszy kumpel” nie wytrzymał stresu i poszedł nakablować (cichcem, nic o tym nie wiedziałem). Oj, powiem Wam, że nic tak nie weryfikuje znajomości jak sytuacje ekstremalne. V nouzi poznas prijatela, jak mawiają Czesi. W sumie jakby mnie wyjebali to i tak chuj z tym, poza tym kto wywala ucznia na 3 miesiące przed końcem szkoły? A na tej gnidzie położyłem krzyżyk.
Szkoda tylko pana Wacka, bo gość stracił pracę.

