JUŻ NIE LUBIĘ TARANTINO!
Oczywiście, że lubię, kutafony! Napisałem tak tylko dla przewrotu.
Nie zmienia to jednak faktu, że jestem na świeżo po projekcji i jestem zawiedziony. Oczekiwałem więcej, a dostałem właściwie jedną fajną scenę (pierwszą) kopiowaną później na milion sposobów, do znudzenia. Dla mnie ten film opiera się na 1 pomyślę prowadzenia dialogu i tyle. Fajnym, ale nie na 3 godziny projekcji.
Oczywiście, filmy Pana T dialogiem stoją i dlatego je kochamy. Ale, kurwa, ja tu raczej widziałem regres, a nie progres w stosunku do poprzednich produkcji.
Drugi zawód to zbyt delikatne rozpierdalanie nazioli. Nie wiem, może mam zryty beret (przynajmniej nie oskalpowany, ha-ha-ha), ale po tych szumnych zapowiedział o brutalności, „ostatecznej rozprawie z kwestią niemiecką” i chuj wie czym, spodziewałem się po prostu krwawej jadki dorównującej (w ilości przelanej farby) przynajmniej Kill Billowi. Nie to, żebym był zajaranym juchą oszczylem moczącym się przy każdym wytrysku, ależ kurwa, już większą masakrę przeprowadził Vincent Vega na tylniej kanapie samochodu.
To samoograniczenie przemocy byłbym nawet w stanie zrozumieć i przełknąć, bo po ostatnich wyczynach w Grindhouse i Kill Bill Tarantino mógł mieć zwyczajnie wyjebane na efekciarsko-tandeciarskie zgony, ale w takim razie po co przed wydaniem robić fałszywy klimat krawej łaźni, a w rezultacie wydać jedynie prysznic dla szkółki niedzielnej?
Now, wiem, że zaraz zostanę obrzucony wirtualną kaką, bo nie spotkałem jeszcze człowieka, któremu by się ten film zajebiście nie podobał. Już słyszałem nawet, że jest to najlepszy film Tarantino ever… bull-shit!
Dla mnie był to po prostu OK-film, na którym się trochę wynudziłem (co największym zarzutem jest, bo nie po to się ogląda filmy), kilka razu zaśmiałem, dość często gościł uśmieszek, ale kurwa, spodziewałem się więcej! I nie był to overhype, bo ani na przedpremierę nie biegłem ze spuszczonymi gaciami, ani nic z tych rzeczy. Zresztą, czas overhypów mam już dawno za sobą, co kiedyś było nie do pomyślenia, bo na każdy warty i nie warty uwagi film leciałem z wywalonym jęzorem i ślinotokiem odbytniczym.
Więc buce, nie jest to recenzja zajaranego nastolatka o złamanym sercu, tylko chuja, który ma wyjebane. Tak czy siak , przynamniej raz obejrzeć trzeba, bo to przecież Tarantino. I to właściwie jedyna zaleta Inglorious Basterds nie licząc „włoskiego akcentu” Brada Pitta.
EDIT: Wojewódzki właśnie potwierdza moje słowa, tylko jeszcze bardziej jedzie po temacie.